PRASA


recenzje

TOM TRIO, Marek Dusza

Wykształcony w Danii polski trębacz Tomasz Dąbrowski ma 28 lat i już wziął udział w nagraniu jedenastu albumów znaczących muzyków skandynawskich. "Tom Trio" to jego pierwsza płyta w roli lidera, z własnymi kompozycjami, a wydała ją prestiżowa duńska oficyna ILK Music.

W nagraniu wzięli udział: Nils Bo Davidsen na kontrabasie i Anders Mogensen na perkusji. - Lubię tworzyć w mało komfortowych muzycznie sytuacjach, stawiać samemu sobie wyzwania. Trio wymaga, bym niemal bez przerwy stał "na palcach", popycha w coraz to nowe artystycznie miejsca. Gramy bez instrumentu harmonicznego, co pozwala mi się skupić bardziej na brzmieniu i szukać nowych kolorów - mówi Tomasz Dąbrowski.

W tej muzyce jest mnóstwo przestrzeni, potrzebnej, by wybrzmiało charczenie jego trąbki, wydmuchiwanie powietrza bez wibrata. Matowe, ciemne brzmienie momentami pieści uszy, żeby po chwili postawić nas na równe nogi zaskakującym dysonansem i piskliwym tonem.

Tomasz Dąbrowski inspiruje się twórcami free-jazzu z kręgu AACM, przede wszystkim Art Ensemble of Chicago. Obok swobodnych improwizacji są i melodyjne tematy. W duńskich muzykach ma kompanów, którzy nie pozwalają mu na chwilę wytchnienia, mobilizują niepokojącym rytmem. Doprawdy intrygujący album i świetny debiut.

 

Styczeń 2013
AUDIO.com.pl

"Dąbrowski / Knudsen / Domański - więcej niż trio!", Maciej Karłowski

Tomasz Dąbrowski, Karol Domański i Kenneth Dahl Knudsen – nowe trio, polsko duńskie, w zamyśle bez lidera, bo zespół firmowany jest nazwiskami wszystkich członków grupy. Dla szerszej publiczności, a pewnie też i dla wygody będzie ono rozpoznawane dzięki Tomaszowi Dąbrowskiemu trębaczowi uważanemu za jedną z najciekawszych postaci młodej jazzowej sceny nie tylko w Polsce, ale także w Europie. Choć to trochę krzywdzące dla pozostałych muzyków, to jednak w jakiś sposób łatwe do przewiedzenia.

Mimo to warszawski koncert w Pardon To Tu, będący przedostatnią odsłoną trwającej pięć dni trasy po Polsce to był tak naprawdę koncert zespołu, a nie tylko lidera i sekcji. I znów mamy trio trąbka, kontrabas i perkusja, i znów trio, któremu warto przyglądać się bacznie i nasłuchiwać kolejnych artystycznych działań. Ciekawe ile razy jeszcze będę pisał te słowa? Obrodziło nam w świetnych trębaczy i rokujące na przyszłość zespoły z ich udziałem. Ta grupa dopiero się rodzi. Jest można powiedzieć u progu ostatecznego uformowania, ale to zupełnie nie przeszkadza, żeby patrzeć na nią z wypiekami na twarzy.

Dla mnie był to tym bardziej ważny koncert, że miałem okazję posłuchać grupy, grającej muzykę niemal wprost dla mnie. I rzecz nie w tym, że klub był pusty. Przeciwnie, sądzę nawet, że dla wielu, szczególnie w pierwszym secie zabrakło siedzących miejsc. Był to koncert, zagrany w taki sposób, jaki bardzo porusza moją wyobraźnię. Na własny użytek nazywam ją micro music. Nie żeby odwołać się w ten sposób do tak właśnie zatytułowanej płyty Mikołaja Trzaski z braćmi Oleś wydanej przed laty przez 1 Kg Records, ale po to by zwrócić uwagę, że całość muzycznych zdarzeń podczas koncertu to nie była głośna i donośna emanacja talentu, ale zaproszenie do cichej i wcale nie mniej przez to intensywnej refleksji, że piękna muzyka to także pojedyncze frazy, załamujące się melodie, krótkie motywy, pojawiające się nagle i tak samo nagle znikające, wyraźne, ale niedopowiedziane. Że w muzyce ważna może być nie tylko siła, ale również zamyślenie i bardzo intymne relacje pomiędzy improwizatorami.

To był koncert prawie unplugged. Tylko nieznacznie nagłośniony kontrabas wyłamywał się tej w pełni akustycznej estetyce. Muzycy niejako sami miksowali swoje brzmienie na naszych oczach i w obecności naszych uszu, bacznie uważając by zawsze zachować właściwe proporcje głośności. I być może także dlatego tak bardzo przejmująco zabrzmiała muzyka tria. Była w tej brzmieniowej warstwie surowa, a jednocześnie bardzo prawdziwa.

Właściwie niczego innego nie potrzeba żeby takim graniem się zachwycić. A tu dostaliśmy więcej. Dostaliśmy mądrego perkusistę, który już teraz wie jak może wyglądać rola jego instrumentu w całym obrazie, i który grając delikatnie nie traci niczego z precyzji i brzmieniowej adekwatności. Dostaliśmy także kontrabasistę mającego nie tylko dar komponowania, ale także potrafiącego nie zapomnieć o tym, że kontrabas to instrument niemal stworzony by prowadzić słuchaczy przez świat melodii. No i trębacza dysponującego umiejętnością nie tylko rozgrywania trębaczach tour de force, ale również powiadającego swoje historie szeptem, niemal wprost do ucha. Jako dodatkowy bonus otrzymaliśmy także zespół trzech ludzi, którzy bardziej niż na własny rachunek potrafią grać dla muzyki, a to jest raczej nie często spotykana sytuacja.

Koncert miał dwie odsłony. To nie często spotykana w Pardon To Tu sytuacja i nie bacząc czy to dobry zabieg formalny czy nie, cieszę się, że akurat wczoraj tak się stało, bo być może gdyby nie on to nie usłyszałbym przejmującej ballady Kennetha Dahla Knudsena zatytułowanej „Tucked In”. Ah jak było cudownie gdyby właśnie tak zakończył się koncert. Jest idealny, żeby na pożegnanie i żeby pozostawić uczucie niedpostytu. Zazdroszczę tym wszystkim, którzy dzisiaj w gdańskim Teatrze w Oknie będą mogli ich posłuchać.

 

Październik 2012
Jazzarium.pl

 

"OFF QUAR TET", Marek Lubner

Rok 2011 przyniósł debiut płytowy polsko-duńskiego zespołu Off Quartet. Album „Off Quartet” zawiera muzykę wyrafinowaną metrycznie, bogatą harmonicznie i interesującą formalnie. O jej wielkiej urodzie stanowi również indywidualność trębacza Tomasza Dąbrowskiego, pewność rytmiczna gitarzysty Marka Kądzieli i pełna wigoru gra duńskiej sekcji rytmicznej - kontrabasisty Mortena Haxholma oraz perkusisty Rasmusa Schmidta.

Tomasz Dąbrowski, mimo młodego wieku, z wielką dojrzałością buduje swój własny muzyczny świat. Możliwe inspiracje grą Bookera Little, Kaspera Tranberga, a w przestrzennych, wyciszonych momentach Arve Henriksena, Gunnara Halle, doprowadziły go do własnej muzycznej wypowiedzi tak, że już po kilku nutach możemy rozpoznać jego rubato.

Niewątpliwym walorem płyty są nowoczesne tematy utworów, operujące wyrafinowanymi liniami melodycznymi. Sprawiają one, że kompozycje mogą podobać się dłużej i ujawniają swoje walory przy kolejnych odsłuchach. Dąbrowski i Kądziela grają w nich pewnie, a linie prowadzone unisono wypadają krystalicznie czysto. Uwagę zwraca doskonały wysoki rejestr Dąbrowskiego. Kądziela potrafi grać z rockową pasją, inspiruje i jest wspierany przez sekcję rytmiczną. W utworze „Eleven” następujące po sobie frazy gitarzysty podbudowane bębnem basowym Schmidta powracają z coraz większą siłą niczym fala morskiego przypływu rozbijająca się o brzeg, wyciągając z trębacza niezwykłą ekspresję.

Marek Kądziela brzmieniowo nieortodoksyjny, recypuje energię właściwą muzyce Marca Ducreta, Franka Möbusa. Niewątpliwym walorem jego gry jest pewność i cały czas obecna precyzja rytmiczna. Intelektualna kontrola nad harmoniką wykonywanej muzyki jak i nad formą utworów to coś, co dystansuje jego gitarę elektryczną od niej samej, od całej otoczki grania riffowego, którą łączymy z jej użyciem w idiomie rockowym. Kądziela sprawia, że w czasie określonym ramami kompozycji traktujemy ją bardziej jako „źródło dźwięku”.

Szczególnie intrygująco wypadają dla mnie kompozycje o stonowanym poziomie ekspresji jak „Słowiańska Ballada”, gdzie statyczne tła Kądzieli mogące przywodzić na myśl gitarę Billa Frisella, wypełniają przestrzeń dla grającego ciepłym tonem Dąbrowskiego. „Heavy Ballad” jest doskonałym przykładem długiej myśli muzycznej. Wykonawcy pomimo zachowania wolności i intuitywnego charakteru kompozycji, z żelazną konsekwencją utrzymują dyscyplinę formalną, co uznaję za kolejny plus zawartej na albumie muzyki

Rasmus Schmidt to artysta należący do ścisłej światowej czołówki, by wymienić podobnie stylistycznie grających muzyków jak choćby Jeff Ballard i Jochen Rueckert. Z łatwością gra w nieparzystych podziałach metrycznych „29-3” , w „Heavy Ballad” chorus złożonych jest z dwóch części: pierwszy na cztery, a drugi na 13/8. Gra nowocześnie z nieziemskim drivem, precyzyjnie w wyśrubowanych tempach jak w „Ebeneezer”. Współdziałanie perkusisty z kontrabasistą Mortenem Haxholmem inspiruje solistów do ekspresyjnych wypowiedzi. Sekcja sprawia, że ta muzyka jest elastyczna, kołysząca i pełna energii. Współpraca młodych polskich muzyków z muzykami duńskiej sceny jazzowej to niewątpliwie doskonały impuls dla ich rozwoju i rozwoju jazzu w Polsce. Czego przykładem jest ten obiecujący album, do posłuchania którego serdecznie Państwa zachęcam.

 

Luty 2012
Jazzarium.pl

 

OFF QUAR TET, Marek Lubner

Po raz kolejny sprawdziło się powiedzenie, że najlepsze rzeczy w życiu są (prawie) za darmo.

To muzyka wielkiej urody, wyrafinowana metrycznie, bogata harmonicznie, przepiękna formalnie, z wielką indywidualnością trębacza Tomasza Dąbrowskiego, który w moim przekonaniu wypracował swój własny język, własną melodykę, dołączył już do muzyków rozpoznawalnych po kilku nutach jak Wadada Leo Smith, Dave Douglas, Taylor Ho Bynum.

Dąbrowski przekształca harmonikę na swój własny muzyczny sposób, a jak pewnie i czysto grają unisono w tematach ze znakomitym gitarzystą Markiem Kądzielą, zaś duńska sekcja rytmiczna Rasmus Schmidt i Morten Haxholm zachwyca brzmieniem i ogromną wrażliwością.

 

Wrzesień 2011
JAZZ FORUM

 

TOM TRIO, Marek Romański

Kolonia młodych, polskich muzyków w Danii wciąż się rozrasta. Adepci jazzu wszelkiej maści znajdują tam znakomite warunki do rozwoju, kontaktu z najnowszymi światowymi trendami, a wreszcie muzycznych partnerów z najwyższej europejskiej półki.

Tomasz Dąbrowski jest jednym z najciekawszych i najlepiej rokujących członków tej swoistej duńskiej Polonii. Pomimo młodego wieku ma już bardzo charakterystyczne, rozpoznawalne brzmienie trąbki - matowe, szorstkie, piekielnie intrygujące. Do tego gra na rzadko spotykanym wśród jazzmanów balkan hornie.

"TOM TRIO" to jego debiut płytowy w roli lidera zespołu. Debiut niesłychanie ambitny - zarówno pod względem formy jak i treści. Już sam skład zespołu - kontrabas, perkusja i trąbka zwiastuje, że Dąbrowski nie zamierza iść na łatwiznę. Nie ma tu instrumentu harmonicznego, nie ma gdzie się ukryć, brakuje miękkiej kołderki akordowe, pod którą można by schować jakiekolwiek braki i niedociągnięcia. Taki skład też wymusza nieustanną koncentracje i konieczność wypełnienia muzycznej przestrzeni przez trzech muzyków - zadanie odpowiedzialne i niełatwe. Trzeba wreszcie tylko w ramach sekcji rytmicznej i trąbki słuchacza zainteresować, utrzymać jego uwagę, nie zmęczyć i nie zanudzić.

Tomasz Dąbrowski i jego duńska sekcja - Nils Bo Davidsen i Anders Mogensen - znakomicie się z tych zadań wywiązują. Oczywiście dominującą postacią jest tu trębacz - to jego nieprzewidywalne, pobrzmiewające gdzieś słowiańskim liryzmem, linie przede wszystkim zwracają uwagę. Chwilami jego gra i koncepcja tego zespołu przypominają mi jakąś rodzimą wersję Tiny Bell Tria Dave'a Douglas. Tam jednak podstawą był żydowski i bałkański folk, tu - jako się rzekło - dominuje słowiańska nuta, choć też chwilami odzywają się bałkańskie echa.

Bardzo wiele się tu dzieje pomiędzy trzema muzykami, błędem byłoby traktować "TOM TRIO" jako dzieło Dąbrowskiego i jego sekcji. Basista i perkusista toczą nieustanny dyskurs z liderem, ta muzyka rodzi się ze starcia trzech osobowości, trudno oprzeć się wrażeniu - że tu i teraz, niemal w czasie rzeczywistym. Enigmatyczne, tajemnicze tematy trębacza stanowią punkt wyjścia do daleko idących poszukiwać, a kierunek nadają wrażliwość i poczucie dobrego smaku każdego z muzyków. Na szczęście obie te cechy nigdy ich nie zawodzą.

 

Grudzień 2012
www.jazzforum.com.pl

 

TOM TRIO w Żaku, Kacper Pałczyński

Trio z liderującym instrumentem dętym, lecz bez fortepianu, to skład już nienowatorski i w sumie dość często spotykany. Nie ulega jednak wątpliwości, że taka forma wymaga sporych umiejętności od muzyków, ale w zamian daje im wiele swobody. Kluczową kwestią staje się więc w tego rodzaju zespole, oprócz doskonałego zgrania, posiadanie jasnej wizji artystycznej – pomysłu, dokąd ma zmierzać muzyka. Wszystkie te wymogi, w stopniu mogącym usatysfakcjonować nawet najbardziej wymagającego słuchacza, spełnił Tomasz Dąbrowski, który w gdańskim klubie „Żak” zaprezentował się wraz ze swoim triem. 

Tom Trio, które, oprócz lidera na trąbce, tworzą Nils Bo Davidsen na kontrabasie i Anders Mogensen na perkusji, to zespół wyjątkowo dogłębnie eksplorujący możliwości grania w takim składzie instrumentalnym. Podczas całego koncertu, który trwał półtorej godziny, nie mogło być mowy nawet o chwili znudzenia, a to za sprawą przede wszystkim różnorodności rytmicznej, dynamicznej, nastrojowej i, przede wszystkim, brzmieniowej. Ta ostatnia może wydawać się czymś dziwnym, skoro w zespole wykorzystuje się jedynie trzy instrumenty. Perkusista wydobywał jednak dźwięki za pomocą nie tylko miotełek czy pałek, ale również własnych palców, zaś kontrabasista sięgał od czasu do czasu również po smyczek. Natomiast zdecydowanie pierwszoplanową rolę w kreowaniu brzmienia miał sam Dąbrowski, który nie tylko korzystał z tłumików, ale, przede wszystkim, ze swojego bogatego arsenału środków artykulacyjnych. Dzięki temu jego trąbka raz przenikliwie charczała, raz prowadziła melodię pełnym i czystym brzmieniem, by za chwilę bezgłośnie, samym powietrzem dopełniać grę Davidsena i Mogensena. Równie istotne było także to, że muzycy cały czas słuchali siebie nawzajem i natychmiast reagowali na wszelkie zwroty, jakich dokonywał głównie lider. Ponadto, nie starali się za wszelką cenę wypełnić dźwiękami całej przestrzeni, lecz pozwalali muzyce oddychać. Zaprezentowane utwory były zaś najczęściej zwięzłe, a nawet można powiedzieć krótkie, co także utrzymywało uwagę słuchaczy i wymagało pewnej samodyscypliny ze strony muzyków.

Wszystko to dowodzi wielkiej dojrzałości muzycznej całego zespołu, jak i samego lidera. Nie ma on bowiem potrzeby wylewania ze swojego instrumentu kaskad dźwięków, gdy nie ma ku temu żadnego uzasadnienia. Jednocześnie od strony technicznej trąbka nie stawia mu właściwie żadnych przeszkód, dzięki czemu jedynym ograniczeniem pozostaje dla Dąbrowskiego jego własna wyobraźnia. A tej mu z całą pewnością nie brakuje. 

 

Kwiecień 2014
JazzPRESS

wywiady

"Jakby mi ktoś kiedyś powiedział że tak to będzie wyglądało, to bym go wyśmiał!"

Z Tomaszem Dąbrowskim rozmawia Roch Siciński.

R.S.: Jak muzyka jazzowa powinna się bronić przed zejściem do zupełnej niszy? Choć to już chyba teraz... Myślisz, że rozwiązaniem jest wpłynięcie do mediów masowych? Jak do nich trafić?

T.D.: Jest to rozwiązanie, i widać to na przykładach naszych muzyków, którzy przebili się do mediów nie tylko „branżowych”, jednym z nich jest chociażby Wojtek Mazolewski. Co do tego jak trafić, to myślę że trzeba robić swoje i nie kryć się z tym, nie czekać aż ktoś przypadkiem zauważy że robisz coś ciekawego.

R.S.: To chyba nie jest kluczowe, że poziom muzyczny nie zawsze idzie w parze z popularnością, muzycy bardziej sprawni medialnie mogą tego uczyć tych bardziej sprawnych artystycznie – że tak to brzydko nazwę...

T.D.: Najlepiej myślę kiedy obie kwestie idą w parze – potrafisz odnaleźć się i muzycznie i medialnie. Często jednak jest zauważalna dysproporcjapomiędzy tymi dwoma aspektami „bycia artystą”. Jedni dobierają „lepszych” od siebie muzyków by się za nimi schować, inni biorą do zespołu muzyków przy których moga lśnić, którzy nie zabiorą im światła reflektorów i będą najlepsi. Mi najbliższe jest takie podejście do tworzenia
zespołów, gdzie kierujesz się względami czysto muzycznymi, zafascynowany czyimś brzmieniem, językiem muzycznym, energią, podejściem do kopozycji. Takie podejście kończy się tym że wybierasz ludzi często mniej znanych.

R.S.: Ale tak było zawsze.

T.D.: Jasne, Miles czy on (T.D. wskazuje na zdjęcie Tomasza Stańki znajdujące się na ścianie redakcji RJ.FM) myślę że robił i wciąż robi tosamo. Obie strony na tym skorzystały. W przypadku Stańki to w ogóle nie ma żadnego ale, bo rolą jego sidemanów, nie było wyciąganie poziomu. Oni byli częścią machiny którą Stańko chciał prowadzić po swojemu, grać własne rzeczy. Za co mam do niego wielki szacunek. Mimo tylu lat pracy, ciągle wymyśla nowe składy, zmienia repertuar. W tych sprawach trzeba mieć nosa, dobierasz zespół i jesteś pewien że zabrzmi świetnie... i brzmi, to ogromna sztuka. A co do muzyków to to podejście działa dobrze i na tych, którzy już są rozpoznawalni i cenieni, i tych co za chwilę tacy się staną. To jest również element namaszczenia przez muzyka. Masz wielu bandleaderów: Art Blakey, Miles Davis, Tomasz Stańko czy Terrence Blanchard, którzy „wypuścili” na ten świat niezliczoną ilość fantastycznych muzyków, którym to swego rodzaju wyróżnienie pomogło w dalszej karierze.

R.S.: Nikt nie mówił, że świat jest sprawiedliwy, ale ciekawe jak szybko Maciej Obara byłby w tym miejscu gdzie jest gdyby nie przypadek i dostarczenie jego muzyki do Manfreda Eichera...

T.D.: Bycie muzykiem nie jest fair, bo gdyby było to każdy kto robi co należy byłby na szczycie, a jak wiemy tak to nie działa...

R.S.: A dziś Obara to europejski muzyk, szczególnie po Take Five Europe, po którym zmienił swoje podejście do wielu rzeczy właśnie wychodząc pozaidentyfiację z polskim jazzem i przyjęcie spojrzenia bardziej europejskiego.

T.D.: I dobrze!

R.S.: I bardzo dobrze!

T.D.: Myślę, że to jest problem z podejściem w Polsce do jazzu – jeśli tu w ogóle szukać problemu. Dla mnie w kwesti podejścia nie ma podziału między jazzem a jakąkolwiek inną muzyką. To działa w ten sposób: weźmy zespół Afromental, który w Polsce osiągnął ogromną popularność i robi muzykę na wysokim poziomie wykonawczym. Na popularności w Polsce się kończy, bo wyjeżdżasz za granicę i okazuję się, że jest wiele bandów które robią to samo, tylko jest w tym większy autentyzm. Zespół grający muzykę zbliżoną do oryginału, bez własnego brzmienia, pomysłu oryginalnego nie ma racji bytu poza w tym przypadku Polską. Widzę jednak zmiany, w naszej stylistyce muzyczej. Jest więcej ludzi, którzy wychodzą na scenę europejską bo grają po swojemu, czerpiąc z tego skąd pochodzą lub też stawiając na własny sposób wyrazu. Najlepszym przykładem że to dobry sposób myślenia jest np. Kapela ze Wsi Warszawa, znana na całym świecie.

R.S.: Zapewne nie jest to obce także Twojemu doświadczeniu.

T.D.: Spotkałem się z tym wiele razy. Jeśli chodzi o moją muzykę to ludzie chcą tego słuchać, bo nie jest zmanierowane Stanami. U mnie broni się to, że nie chce być chłopcem z Nowego Orleanu, który ma grać bluesa jak czarny, bo jestem ze wsi Rożental pod Iławą i nie będę grał w ten sposób – to nie ma sensu dla mnie...

R.S.: Chociaż próbowałeś.

T.D.: Pewnie. Miałem taki czas; garnitur, skórzane buty, biała koszula, gramy standardy w swoich aranżacjach i jest fajnie... I to jest OK, bo to środek do rozwoju, nie cel. Z kwartetem i kwintetem graliśmy konkursy, ja dużo rzeczy wówczas spisywałem i zdecydowanie nie była to nasza muzyka, a wyuczone zagrywki i stałe schematy pokradzione od Mistrzów, nauka.... Dopiero ostatni konkurs na Bielskiej Zadymce z Markiem Kądzielą i Off
Quartet był bez kompromisów i o dziwo, mimo że nie wygraliśmy, to jury nas doceniło.

R.S.: Chyba taki etap jest konieczny, buduje jakąś bazę, bo grać przecież trzeba jak najwięcej!

T.D.: Jak już zacząłem grać z innymi, po ustawieniu aparatu, to grałem sporo. Wtedy uczysz się najlepiej. Ten rok kiedy zacząłem grać, dał mi więcej niż trzy poprzednie „chude lata” . Chodziło o to żeby mieć swój zespół w którym można pograć. Konkursy to jest jednak jakiś deadline. Wyznacznik, że trzeba zrobić to, to, to i to, i gramy. Na moje szczęście (wtedy myślałem, że to szczęście) parę konkursów wygrałem.

R.S.: A to nieszczęście? (śmiech)

T.D.: Myślałem, że to tylko szczęście, a bywa że to piętno.

R.S.: Sukcesy konkursowe motywują muzyków i napędzają, na początku w wypadku zderzenia się z rzeczywistością pod koniec studiów jest to chyba szczególnie ważne, czy się mylę?

T.D.: Jest to sposób „wybicia” się, jest to też nauka, grasz na dużych scenach, wreszcie jest to inspiracja bo spotykasz inne zespoły i masz wgląd na to co się dzieje. Zdaje się że to nazywa się wymianą doświadczeń. Kiedy ja jeździłem z moim zespołem na konkursy, to w tym co wtedy graliśmy było mało nas, mało mieliśmy do powiedzenia od siebie. To były bardziej studia, chodziło o to co się spisywało z nagrań, rzeczy, które się wiedziało z historii – ale to nie było moje. Uważam, że jest to dużo łatwiejsze granie w porównaniu z tym gdzie ja jestem teraz. Masz milion nagrań do których możesz się odwołać i wiesz jak to ma brzmieć. Na tym polegają konkursy. Kiedy słyszałeś o tym, żeby wyszedł band, grał po swojemu i został za to uhonorowany pierwszą nagrodą? No nie..., to kręci się wokół zespołów, które grają fajne mainstreamowe rzeczy.

R.S.: Chodzi Ci o przylepienie jakiejś etykiety, z którą się zostaje i można w takiej stylistyce pozostać tak?

T.D.: Tak jest po konkursach, jesteś kojarzony z zespołem, stylistyką, co w przydku diametralnej zmiany w podejsciu jak w moim przypadku. Kończy się to tak że menadżer bukuje kwartet jazzowy który zdobył nagrody tu i tu, a dostaje band bez basu ale za to z barytonem, trąbką, fortepianem i bębnami, a jeśli spojrzysz na partyturę to co takt zmienia się metrum. Jak przyjechałem do Danii to gralem be bop, co jest oczywiście niezbędne i daje warsztat, daje język, którym możesz się posługiwać. Dla mnie wydawo się to być oczywiste że studiujesz jazz więc zaczynasz od początku, historia, kto kiedy i jak grał. W Danii jest inaczej. Chcą grać frytę to zaczynają grać frytę, bez opanowania podstaw, bez bazy. Teraz jak wychodzę na jam session i kiedy gram z sekcją której nie znam, to gram długa smugę na początek po czym robię pauzę na 8 taktów i czekam, słucham z kim mam doczynienia. Jeśli słyszę, że bębniarz panikuje, tylko trzyma groove i nic się specjalnego nie dzieje, nie ma odpowiedzi, to dokładnie wiem, że to jest autopilot i nie ma muzyki.

R.S.: Uważasz, że grać należy dużo. Grywałeś z wielkimi nawet na zasadzie jednorazowych spotkań. Wysoko postrzegasz kulturę jamowania? Dużo jamujesz?

T.D.: Już teraz nie tak dużo. Szczerze mówiąc, właśnie dlatego teraz jamuję coraz mniej, bo poziom jamów jest „słaby” w porywach do „różny”. Jak jeszcze byłem w Warszawie, to już było takie pokolenie – przynajmniej na Bednarskiej – że nie chciało im się jamować, ale bardzo chceli grać ze sobą kiedy to gig, najlepiej płatny. To jest smutne, ale przykonałem się o tym dopiero kiedy wyjechałem do Danii. Tam możesz grać z każdym. Pamiętam, że grałem egzamin wstępny do Odense i po tym jak zagrałem podchodzi do mnie dziekan Anders Mogensen (perkusista grający z T.D. na zeszłorocznym albumie „Tom Trio” – R.S. ) i mówi „Świetnie brzmiałeś, powinniśmy coś razem pograć”, pomyślałem że to żart. Wiesz przychodzę stąd; gdzie rozstrzał między uczniakiem a Panem Profesorem jest bardzo duży i nie ma w ogóle szans, żeby tak pograć, w ten sposób się uczyć. Nie. Tutaj cały czas jest podbijanie ego, że „to jest Ten Pan Profesor”. W Polsce moim zdaniem nauczanie, bycie pedagogiem jest karą. Zarabiasz marne pieniądze, traktują Cię jak byle kogo, jesteś przecież zwykłym nauczyciel. W Polsce to jest wyznacznikiem tego, że – o ile nie robisz tego z pasji(!) – robisz to, bo nie możesz się utrzymać z grania własnych koncertów. Moim zdaniem jesteśmy w takiej kulturze, że wszyscy chcą mieć wszystko od razu, że zapomina się o procesie. Jeśli chcesz grać po mistrzowsku i chcesz robić swoje, to masz się tego nauczyć także na jam session albo z working bandem. Chyba że chcesz grać koncerty solowe przez całe życie, ale to raczej się nie uda...

R.S.: Przecież skoro idziesz na studia jazzowe, to kochasz grać, czy znowu mam zbyt bujną wyobraźnię?

T.D.: Często rozdziela się bycie człowiekiem i bycie muzykiem. OK, na jam session będę muzykiem, a tak naprawdę to mi się nie chcę, bo nie ma z tego kasy, – widziałem to wiele razy. To trochę tak jak podział, że „teraz próbujemy”, a „teraz gramy koncert”. Rozmawiałem o tymz Marciem Ducret, który powiedział coś takiego: Muzyka, nie ma znaczenia czy próbujesz to w salce z kolegami, czy grasz to na scenie. Nie „próbujesz” tylko robisz muzykę, w tym danym momencie. Wierz mi że podejście robi bardzo dużą różnicę.

R.S.: No właśnie, jestem przekonany, że możesz opowiedzieć o bardziej pozytywnych postaciach i postawach!

T.D.: Byłem w Berlinie ostatnio, miałem sesję z Henrykiem Walsdorffem, bardzo znaną postacią na Niemieckiej scenie, ja go słyszałem wcześniej tylko jak grał free i byłem na to przygotowany. Dlatego też zaczęliśmy od wolnej improwizacji, a on po tym utworze nagle mówi: To co panowie? Jakiś standard? i zaczęliśmy grać „On the Sunny Side of the Street” i Walsdorff grał tak pięknie że nie mogłem uwierzyć... myślałem że grać free i bebop – oba na tak wysokim poziomie to za wiele. Mimo tylu lat gry widać, że jemu się chce, że ma fun cały czas. Robi to, bo to autentycznie kocha, a nie po to żeby go ktoś do projektu zaprosił i najlepiej sowicie wynagrodził. Spotkałem się wtedy nie tylko z nim, ale też grałem z Janem Roderem, Axelem Dörner i to dokładnie takie samo podejście. Po prostu napisałem do nich maila, a to ludzie którzy grają od 40 lat różne najdziwniejsze rzeczy, odpowiadają mi „Jasne, jak najbardziej, pograjmy razem, przyjeżdzaj”, bez oczekiwań, dla muzyki. Nie ma między nimi, a tobą żadnego dystansu – to jest to!

R.S.: Zaraz przypominają mi się Twoje zmagania za oceanem z Drurym, Soreyem, Davis kiedy ten materiał trafi do naszych odtwarzaczy?

T.D.: Wszystko w swoim czasie. Teraz wychodzi pierwszych 8 płyt wytwórni For Tune i pośród nich słychać mnie na trzech krążkach. Mój autorski projekt – album Steps z Tyshawnem Soreyem, do tego dochodzi Hunger Pangs z Markiem Kądzielą i Kasperem Tomem Christiensenem – zespół inspirowany berlińską tradycją zespołów bez basu, oraz wydanie koncertu z MAQ z gościnnym udziałem Macieja Obary i moim. Wszystko ukazuje się przeciągu najbliższych dwóch miesięcy, warto poszukać na półkach sklepów muzycznych i śledzić poczynania wydawnictwa For Tune.

R.S.: A koncerty? Póki co w Polsce nie spodziewać się koncertów z Tyshawnem?

T.D.: Chciałbym bardzo zagrać ponowniez Tyshawnem w Polsce, szczególnie jeśli będzie można to połączyć właśnie z promowaniem płyty. Póki co gramy w Danii na Sommer Jazz Festival w Odense. Mam wiele na głowie teraz, sporo płyt i projektów, zeszły rok był dla mnie niezwykle aktywny, teraz pojawiają się nowe pomysły i propozycje współpracy.

R.S.: Ten rok nie mniej. Na ilu okładkach przeczytamy Twoje nazwisko?

T.D.: Na siedmiu krążkach... Jak wspomniałem: DĄBROWSKI & SOREY „Steps”, HUNGER PANGS „Meet meat”, MAQ feat. Obara & Dąbrowski „Boozer”, prócz tego kolejna moja płyta Dąbrowski 3D z Kris Davis i Andrew Drurym, album zespołu Pulsarus którym zawiaduje Dominik Strycharski. Prócz tego wydajemy płytę projektu Cloud Crystal w Danii, to 13-osobowa orkiestra z muzykami z Polski, Danii, Czech i Włoch, dla któręj komponuję razem z Kennethem Dahl Knudsenem i Svenem Mainildem.

R.S.: Bedziesz bogaty!

T.D.: (śmiech)

R.S.: Tym samym trochę wracamy do problemu niszowości muzyki ambitnej, do której ciężko dokopać się rozgarniając cały pop jaki nas zasypuję, a razem z nim nie małe kwoty...

T.D.: Wiele razy doświadczyłem tego, że ludziom nie chce się chodzić na koncerty. I nie wiem dlaczego. Może przez (w pewnym stopniu) cały ten syf związany z programami na żywo w telewizji. Siadasz przed telewizorem, widzisz show, masę ludzi, pozytywną energię, światła itd. Myślisz, że bierzesz udział w czymś ważnym. To jest twoja dawka „kultury”. Ilość osób na koncertach klubowych to często jest dramat, choć w Polsce jest dobrze. Takie podejście do kultury często się zmienia w sytuacji zetknięcia z muzyką na żywo w tym wypadku awangardą. Kiedy ktoś, nawet przez przypadek, trafia na koncert i zostaje wciągnięty w machinę. Mówimy o muzyce mniej mainstreamowej, czyli takiej do której się ciężko odwołać do przykładów z radia czy wysłuchanych płyt, a inaczej mówiąc trzeba trochę w tym siedzieć. Taką muzykę powinno się odbierać – jak dla mnie – na poziomie energetycznym. Taki przypadkowy słuchacz ma okazję zobaczyć i posłuchać czegoś, czego nigdy wcześniej nie doświadczył – na scenie grupa ludzi, która w intymny muzyczny sposób opowiada mu od samego początku o bardzo osobistych sprawach. Możesz nie rozumieć języka którym ktoś się posługuje, ale jeśli brzmi to ciekawie, osobliwie to zapewne chętnie posłuchasz chociaż przez chwilę. Przy odrobinie szczęścia wrócisz do domu i dowiesz się więcej na temat tego czego właśnie doświadczyłeś.

R.S.: Wszystkie albumy, które planujesz będą dystrybuowane w Polsce? 

T.D.: Postaram się, żeby tak było. Myślę – może nieco naiwnie – że jeśli ludzie siedzą w takiej muzyce, jest ona ich pasją, to wiedzą gdzie szukać nagrań, potrafią do nich dotrzeć. Nie wszystko musi być na półce w Empiku. Wiem to również z własnych doświadczeń, z ilości maili w tej sprawie choćby na podstawie zapytań o egzemplarze „Tom Trio”.

R.S.: Echa „Tom Trio” pobrzmiewają, teraz nominacja do Fryderyka 2013 za debiut roku... podejrzewam, że jesteś usatysfakcjonowany tym materiałem?

T.D.: Jestem zadowolony. Wiesz czemu? Jak tego słucham, to nie wiem kiedy kończy się temat, a zaczyna kompozycja.

R.S.: To chyba najspójniejsza płyta wydana w zeszłym roku.

T.D.: Zależało mi na tym, żeby całość nie była poszatkowana...

R.S.: No i to debiut trio, trochę kazałeś nam czekać!

T.D.: Gdyby to wynikało z ciśnienia to wydałbym debiut w trio w wieku 20 lat, ale wtedy nie miałem nic do powiedzenia. A teraz – wydaje mi się – ten materiał ma jakiś przekaz i jest autentyczny, a to jest dla mnie najważniejsze. Przyszedł moment kiedy poczułem, że to jest ten czas, zebrałem zespół, po prostu zdecydowałem się na ruch.

R.S.: Wiem, że twój start nie był łatwy zarówno w kraju, gdzie miałeś 2-letnie problemy z ustawieniem zadęcia, jak i w Danii gdzie parałeś się różnych zawodów, żeby móc tam w ogóle przebywać. Możesz coś o tym opowiedzieć naszym Czytelnikom?

T.D.: To prawda, w Danii przez pierwsze trzy lata imałem się różnych zajęć. Trzeba było znaleźć robotę, a w kraju, którego języka nie znasz, nie wiesz jak co działa, uczysz się ich kultury od samych podstaw, nie jest łatwo znaleźć cokolwiek. Byłem bardzo zadowolony kiedy zostałem zaproszony na rozmowę o pracę w kasynie. Pomyślałem, że to niezły początek, zaczynać w takim miejscu. Pracowałem tam ponad trzy lata i bardzo mi to pomogło. Nieco inaczej było, kiedy podjąłem pracę w domu wariatów. Zawsze w poniedziałki o 6 rano – bardzo zdrowy początek tygodnia... Nie był to oddział zamknięty, także nikt z pensjonariuszy nie był groźny.W umowie miałem jednak zapis, że każdego dnia pracy musiałem usiąść razem z mieszkańcami i zrobić sobie 15 minut przerwy na kawę, porozmawiać, wzbudzić zaufanie, pokazać że jestem „swój”. Mocne doświadczenie. Kiedy pracowałem, to nigdy w typowych godzinach. Raczej nie byłem wypoczęty na zajęciach, ale miałem świadomość, że muszę czerpać z nich jak najwięcej. Praca była środkiem do możliwości studiowania tam, po to zarywałem noce, żeby móc robić to co kocham, na tyle na ile tylko mogłem.

R.S.: Nadszedł jednak moment, kiedy Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego uśmiechnęło się w twoją stronę i postanowiło finansować wyjazd do Nowego Jorku.

T.D.: Tak, poczułem, że ktoś docenia moją pracę. Tymbardziej, że wiem jak rzadko ministerstwo dotuje tego typu projekty.

R.S.: Zestawiając plusy i minusy dotychczasowej pracy, czy jak kto woli „kariery” jak widzę jesteś szczęśliwym człowiekiem, ciekawe gdzie będziesz za 5 czy 10 lat. Zastanawiasz się czasem nad tym?

T.D.: Zdaża mi się, jasne. Wiem że nie obchodzimnie to gdzie będę mieszkał, chce dalejmiec taki sam fun jak teraz. Na prawdę uważamsię za szczęśliwego człowieka w miejscuw którym teraz jestem. Jestem w szczęśliwym związku, nagrywam płyty, realizuję się jako muzyk. Chcę mieć dom, założyć rodzinę, dalej rozwijać się na każdym możliwym polu. Zdarza się, że z propozycją dzwonią do mnie muzycy, których podziwiałem tak niedawno, myśląc że granie z takimi gigantami to byłoby spełnienie marzeń. Więc oni dzwonią i co? Zdarza mi się odmówić, bo w kalendarzu mam już coś innego. Jakby mi ktoś kiedyś powiedział, że tak to będzie wyglądało, to bym go wyśmiał. Że będę żył z grania mojej muzyki, grania po swojemu, komponowania, będę jeździł do NY nagrywać płyty, grał z muzykami których podziwiam, po prostu bym nie uwierzył.

 

Kwiecień 2013
JazzPRESS

 

"Tomasz Dąbrowski", Marcin Marchwiński

Młody trębacz Tomasz Dąbrowski kilka lat temu wyjechał na studia do duńskiego Odense i już dziś, choć edukacji muzycznej jeszcze nie zakończył, śmiało wyrasta na czołową postać naszej rodzimej kolonii zagranicznej, nie tylko tej duńskiej. Potwierdza to zarówno wydany przed kilkoma tygodniami premierowy album, zbierający w wielu krajach świetne recenzje, ciekawe koncerty w wielu różnych konfiguracjach na krajowych (nie tylko) scenach, jak i intrygująco zapowiadająca się realizacja kolejnych projektów z rodzimymi i zagranicznymi muzykami. O tym wszystkim opowiedział nam w rozmowie, której zapis poniżej:

Zanim porozmawiamy o Twoim ostatnim albumie, chciałbym zapytać o początek: jak wyglądała Twoja muzyczna droga z Polski do Danii?

Kiedy byłem na ostatnim roku Wydziału Jazzu na Bednarskiej w Warszawie, podjąłem świadomą decyzję, by wyjechać, przewietrzyć się. Scena jazzowa w Polsce wydawała mi konserwatywna i skostniała, potrzebowałem zupełnej zmiany środowiska. Nic nie trzymało mnie w Polsce, pomyślałem więc, że to najlepszy czas na wyjazd. Zjawiłem się na egzaminach wstępnych do konserwatorium w Odense, jako że już wcześniej od kolegów słyszałem bardzo dobre opinie o tym miejscu. Zdałem egzaminy najlepiej ze wszystkich kandydatów. Obecnie jestem w trakcie studiów magisterskich na wydziale kompozycji w Syddansk Musikkonservatorium & Skuespillerskole.

Z tego co mi wiadomo, mamy polską reprezentację młodych muzyków w Danii i nie jesteś tam wyjątkiem?

Zgadza się, właśnie w Odense jest spora grupa studentów z Polski, w Kopenhadze też mamy „swoich”. A dlaczego tak chętnie nas przyjmują? Bo gramy na bardzo wysokim poziomie…

Pierwszy raz widziałem Twój występ na żywo w październiku zeszłego roku w Warszawie (towarzyszyli Ci Andrew Drury, Ray Dickaty, Jacek Mazurkiewicz i Maciek Trifonidis) i mam wrażenie, że od tamtej pory Twoja aktywność w Polsce przybrała na regularności. Też wspominasz tamten koncert trochę jako swoisty przełom, który zapoczątkował nowe kontakty i projekty?

Do Polski przyjeżdżam dość regularnie od momentu wyjazdu na studia. Koncert „Pardon, it's NOW! Warsaw-New York-Odense-Liverpool” nie był przełomowy pod tym względem, natomiast fakt, że zagraliśmy taki koncert, a ja z całego składu znałem tylko Maćka i Jacka, choć nigdy razem nie graliśmy, nie jest bez znaczenia. Do tego zagraliśmy w nowym miejscu, o którego istnieniu nie miałem wtedy pojęcia, a które z czasem okazało się być domem muzyki improwizowanej w Warszawie – Pardon, To Tu. To otworzyło mi oczy, zdałem sobie sprawę że w Polsce coś się dzieje, jest środowisko ludzi otwartych i kreatywnych, jest zapotrzebowanie na sztukę niekomercyjną. A wreszcie są miejsca gdzie można prezentować ciekawe projekty.

Zanim ukazała się płyta Tom Trio, dałeś się poznać jako sideman na sporej ilości różnych albumów, głównie tych duńskich. Wartościowa to była lekcja?

To długa historia. Jeszcze w Warszawie miałem swój kwartet i kwintet, później w Danii już zacząłem współpracę z Markiem Kądzielą, w zespołach Off QuarTet i Hunger Pangs razem z duńskimi muzykami w sekcji. Coraz częściej nagrywałem w studio. To była bardzo ważna lekcja dla mnie, moment w którym pomyślałem, że chcę grać swoje, komponować, szukać własnego brzmienia, języka. Stopniowo coraz więcej zacząłem grać z Duńczykami, byli wśród nich m.in. Kasper Tom, Kenneth Knudsen, Adi Zukanović, teraz Jakob Anderskov, Nils Bo Davidsen, Peter Bruun, Lotte Anker i Jakob Munck.

Myślałeś już wtedy o własnej płycie?

Mówimy tutaj o okresie 3 lat, więc odpowiedź nie jest jednoznaczna. Kiedy tu przyjechałem, chciałem się uczyć, grać z ludźmi, grać w zespołach, koncertować. Przyszedł wreszcie taki moment, gdy pomyślałem, że jestem gotowy i to odpowiedni czas dla mnie na to, by nagrać pierwszą zupełnie moją płytę. To było ponad rok temu. Od tamtego czasu wiele się wydarzyło w moim życiu, prywatnie i muzycznie. Nagranie Tom Trio to był swoisty początek moich projektów, na ten moment trzy moje płyty są w produkcji i niebawem się ukażą. Dochodzi do tego spora ilość projektów, do których jestem zapraszany.

Możesz zdradzić jak powstawał materiał na Twój debiutancki album i jak rodziła się jego koncepcja? Na przestrzeni jakiego czasu powstały kompozycje?

Muzykę na płytę napisałem w przeciągu jednego tygodnia, prócz dwóch kompozycji wcześniej wykonywanych przeze mnie, które w składzie Tom Trio nabrały ostatecznego kształtu. Przed nagraniem dużo myślałem o tym, jak chcę ukierunkować ten projekt. Koncepcja była taka, by napisać utwory konkretne, oparte na mocnych pomysłach, które dadzą mocną podstawę do improwizacji. Ujmując to w jednym zdaniu - momentami powyginane formalnie piosenki, w których zaciera się linia między melodią i formą, a wolną improwizacją.

Właśnie, jaka jest proporcja między kompozycją a improwizacją na Tom Trio? Nominalnie jesteś autorem wszystkich utworów, domyślam się jednak, że w jakiejś części są nasączone pierwiastkiem spontanicznej improwizacji?

Proporcjonalnie nie wiem, natomiast spontaniczna improwizacja jak najbardziej jest… spontaniczna ale ukierunkowana, tak by to co nastąpi po niej miało muzyczny sens. Jest to pewnego rodzaju limitacja. Improwizacje na tej płycie nazwałbym „limitowaną improwizacją spontaniczną”. W muzyce chcę uniknąć ego. O tym też myślałem przygotowując się do nagrań, że nie chcę trzech solistów na płycie, chcę jednego zespołu.

A jakie w ogóle jest Twoje podejście do improwizacji? Myślałeś np. o nagraniu zupełnie wyimprowizowanego materiału z trio?

Moje podejście? Jest bardzo swobodne. Doświadczenie gra tu bardzo ważną, jeśli nie najważniejszą, rolę. W miarę zdobywania doświadczenia, znajdujesz swoje miejsce, a swoboda dla mnie tutaj oznacza nie tyle, że umiesz grać wszystko, a bardziej to że umiesz odnaleźć się w każdej sytuacji. Chcę ram w mojej muzyce. Chcę spójnej całości między improwizacją i materiałem zapisanym, ciągłości. Chcę jak za starych czasów – utwór to utwór, a nie temat, improwizacje od niczego do ekstazy i… temat. Ta płyta jest dla mnie w tym sensie mainstreamowa. Nie myślałem o tym by nagrać zupełnie wyimprowizowany materiał, tym niemniej myślę że by to świetnie wyszło w składzie Tom Trio. Jakkolwiek, to konkretny projekt, z którym pracę chcę kontynuować w takiej formie jak na pierwszej płycie.

Tom Trio słucha mi się bardzo dobrze, mimo formalnego podziału i aż jedenastu kompozycji mam wrażenie, że przez większość czasu słyszę spójną i płynną, choć niepozbawioną zakrętów i niedopowiedzeń opowieść, a szczególną w niej rolę odgrywa przestrzeń. A co dla Ciebie jest sednem tego nagrania?

Przestrzeń, inspirowanie się wzajemne, spontaniczność, kreatywność, spójność kompozycji i improwizacji.

Zastanawiam się, ile jest w tej płycie duńskiego, a ile polskiego ducha. Wydaje mi się, że bliżej jej jednak do naszej rodzimej melancholii, nie mówiąc już o tradycji europejskiego jazzu i improwizacji. Dostrzegasz w ogóle znaczący wpływ sceny skandydawskiej na swoją muzykę?

Zależy jak definiujesz muzykę skandynawską, bo dla mnie osobiście to słowo kojarzy się z oddechem, z tym że muzyka nie jest butna i nachalna. Taka właśnie jest moja płyta, w moim odczuciu to są jej bardzo ważne elementy - wyczucie przestrzeni, czekanie, granie z zespołem.

Wybór sekcji rytmicznej był od początku do końca zamierzony, taki jak chciałeś?

Tak, chciałem doświadczonych muzyków, z którymi nie trzeba dużo gadać o rzeczach oczywistych, a skupić się na tworzeniu muzyki. To nie jest łatwy do zagrania materiał, ale właśnie w tym doświadczenie Andersa i Nilsa bardzo pomogło. Do tego oni grają ze sobą w różnych zespołach co najmniej dwadzieścia lat. Była to dla mnie niemała przyjemność obserwować ich podczas prób i nagrań.

Koncerty, na których prezentowany był materiał z debiutu, grałeś w składzie z Kennethem Knudsenem i Karolem Domańskim. Wiążesz z tym składem nadzieje, być może w kontekście wykrystalizowania się Twojego regularnego składu?

Tom Trio to właśnie regularny skład. Trio z Kennethem i Karolem to coś nowego. Nie ma nazwy, to nie mój projekt, ale nasz - ja i Kenneth piszemy muzykę na to trio. Graliśmy materiał Tom Trio, bo chciałem usłyszeć jak to zabrzmi z innymi muzykami. Zabrzmiało jeszcze bardziej skandynawsko, z głębokimi oddechami, nabieranymi z zamkniętymi oczami i w pełnym skupieniu.

Sądząc po aktywności Twoich ostatnich projektów podejrzewam, że granie w mniejszym składach - duetach czy trio - jest dla Ciebie najbardziej optymalne i w takich konfiguracjach przychodzi Ci realizować się najpełniej.

To prawda, ostatnie kilka projektów, które prezentowałem w Polsce to „małe” grupy. Taki mam teraz czas, granie w duetach i triach jest najprzyjemniejsze. A dlaczego? Dla mnie to wygląda tak, że gdy grasz np. w kwintecie, to odpowiedzialność jest rozłożona na wszystkich, jako trębacz stajesz przed schematem: temat – solo - temat. To mi nie wystarcza, potrzebuję większych wyzwań. Małe składy to sposób na mnie samego, stawiam się w sytuacji nieco mniej wygodnej. Niedawno znalazłem coś jeszcze lepszego, definitywnie największe wyzwanie dla mnie jako muzyka i kompozytora - granie koncertów solo, kiedy nie ma gdzie się ukryć. Wszytko „widać” jak na dłoni. Wyznaczam sobie konkretne cele, projekty do zrealizowania. Najnowszy, na który napisałem muzykę razem ze Svenem Meinildem i Kennethem Dahl Knudsenem, nosi nazwę Cloud Crystal. To trzynastoosobowy skład złożony z muzyków z czterech krajów: Polski, Danii, Czech i Włoch. Materiał na pierwszą płytę został już zarejestrowany, płyta - jak wszystko dobrze się ułoży - ukaże się w pierwszej połowie przyszłego roku.

Opowiedz jak doszło do styczniowego wyjazdu do USA i aż trzech sesji nagraniowych tam zrealizowanych?

Kenneth Knudsen chciał nagrać swoją drugą płytę w Nowym Jorku, współpracowałem z nim przy pierwszej płycie, Strings Attached, wydanej w 2010 roku i od tej pory często grałem w jego składach. Pewnego dnia zadzwonił do mnie z zaproszeniem na sesję nagraniową do Nowego Jorku. Tak pojawiła się okazja by wyjechać do Stanów. Krótko po otrzymaniu zaproszenia, w mojej głowie zrodził się pomysł na zrealizowanie autorskich projektów. Na warsztatach SIM w Sopocie w 2011 roku, poznałem Tyshawn Sorey’a. Zaraz po nich pomyślałem, że muszę coś z nim zrobić, gdyż Tyshawn to fenomenalny muzyk i kompozytor. Tak zrodził się pomysł duetu perkusja-trąbka. Kolejnym projektem było trio trąbka, perkusja, fortepian. Zwróciłem się z tym pomysłem do Andrew Drury, z którym spotkaliśmy się w Warszawie w Pardon, To Tu i zagraliśmy wcześniej już wspomniany koncert „Pardon, it’s NOW”. Andrew przy rozmowach o nagraniu w trio zaproponował, by na fortepianie zagrała Kris Davis, doskonale znana sympatykom muzyki improwizowanej pianistka. Kris bardzo entuzjastycznie podeszła do pomysłu tria – tak powstał zespół 3D. Wyjazd i realizacja nagrań były możliwe dzięki stypendium, które otrzymałem od Ministerstwa Kultury oraz wsparciu Duńskiego Związku Muzyków.

Wspomniałeś o nagraniu płyty z Sorey'em, z którym wcześniej udało Ci się zagrać kilka koncertów w Polsce. Jak do tego doszło? Macie zamiar kontynuować współpracę?

Zagraliśmy cztery koncerty w Polsce na przełomie kwietnia i maja tego roku, m.in. na festiwalu Katowice Jazzart Festival. Zaprosił nas Maciej Obara, który jest dyrektorem artystycznym tego festiwalu. Do tego zorganizowałem jeszcze trzy koncerty klubowe. Wspominam tę krótką trasę z Tyshawnem bardzo dobrze, muzycznie to było dla mnie wyjątkowe doświadczenie. Płyta naszego duetu, nagrana właśnie w Nowym Jorku, jest już gotowa do wydania i niebawem ukaże się w Polsce. Współpracę z Tyshawnem mam Zamiar kontynuować, późną wiosną planuję trasę po Danii, być może uda się zagrać koncerty również w Polsce.

A jak wspominasz spotkanie z Peterem Evansem?

Wspominam bardzo dobrze! Umówiliśmy się na spotkanie w jego mieszkaniu i z planowanych dwóch godzin spotkania, wyszło prawie cztery. Peter technicznie jest bezkonkurencyjny, bardzo pracowity, cały czas w czymś siedzi, rozwija warsztat. Do tego jest bardzo otwarty, spędziliśmy sporo czasu grając w duecie, improwizując bądź też grając jego kompozycje.

Możesz wskazać tych muzyków, którzy na Twojej muzycznej drodze Cię zainspirowali i którzy inspirują nadal?

Booker Little, Clifford Brown, Miles, Bill Dixon… Z obecnych to bardzo długa lista nazwisk, w tej chwili do głowy przychodzą mi Tony Malaby, Tyshawn Sorey, Jacob Anderskov, Lotte Anker, Nate Wooleym, Stephen Haynes, Kasper Tranberg. Inaczej mówiąc, najbardziej inspirują mnie ludzie z którymi miałem przyjemność grać.

Traktujesz swój pobyt w Odense tylko jako przystanek, czy też planujesz związanie się z Danią w dłuższej perspektywie?

Na ten moment jest mi dobrze w Danii, studiuję, gram coraz więcej. Po raz pierwszy od wielu lat mam miejsce które nazywam domem. Otrzymałem też właśnie nagrodę Årets Fynske Jazzmusiker, czyli muzyka roku na wyspie Fyn. To pierwszy raz w historii, kiedy nagroda została przyznana Polakowi, a wcześniej otrzymała ją tylko jedna osoba nieurodzona w Danii. Cieszę się bardzo z tego wyróżnienia, myślę też, że to oznaka, iż dobrze, że Polacy są w Danii i grają na bardzo wysokim poziomie. Środowisko muzyczne jest tutaj bardzo mocne, myślę że jeszcze kilka lat tutaj zostanę, co najmniej do końca studiów. Czuję, że jeszcze dużo przede mną w Danii.

Aktywności jakich składów z Twoim udziałem możemy się w najbliższym czasie spodziewać? Jakie wyzwania sobie stawiasz na przyszłość?

Na pewno trasa promująca album Tom Trio, poza tym niebawem ukaże się płyta Hunger Pangs i na pewno przyjedziemy do Polski promować ją na koncertach. Wychodzi wspomniana płyta Dąbrowski / Sorey (zatytułowana Steps), zagram z kwintetem Kennetha Knudsena w marcu na kilku koncertach w Polsce. Prócz tego duet mój duet z Pawłem Szpurą, płyta 3D z Kris Davis i Andrew Drury’m. Zaczynam ponownie pracę nad projektem Free4Arts, z mało spotykanym instrumentarium: trąbka, perkusja, fortepian, i saksofon barytonowy. Skład z którym grałem już wcześniej, z materiałem przygotowanym na mój egzamin licencjacki. Teraz zabieram się za pisanie nowych utworów, chcę nagrać płytę w przyszłym roku.

Brzmi świetnie, bardzo dziękuję za rozmowę i do zobaczenia na koncertach.

 

Luty 2013
PopUp #38

 

"Tomasz Dąbrowski feat. Downtown All Stars - część druga", rozmawiał Kajetan Prochyra

Mieliśmy okazję porozmawiać przed Twoim wyjazdem do Nowego Jorku. Pora na serię bolesnych pytań w brzuch po sesjach nagraniowych! Jak było? Opowiedz trochę o muzyce, która powstała podczas tego pobytu. Nagrałeś w sumie materiał na 3 płyty...

Tomasz Dąbrowski: Tak, nagrałem dwie płyty autorskie i trzecią z projektem Kenneth Knudsena.Duo z Tyshawn Sorey’em, trio z Kris Davis i Andrew Drury, i siedmio-osobowy projekt Kennetha. Muzykę na nagranie z Tyshawn’em pisałem głównie w Danii, a częściowo będąc już w Stanach. Dla tria przearanżowałem kilka starszych kompozycji, częściowo jest to też zupełnie świeży materiał. Nagraliśmy prócz tego improwizacje w duetach i jeden utwór, którego autorem jest Andrew.

Jak nagranie z Keneth Knudsenem? To chyba nieco inny muzyczny świat od pozostałych dwóch projektów?

Muzyka nagrana z Kenneth’em jest bardziej mainstreamowa od tego, co ja piszę i gram w autorskich projektach. Nowojorski post-bop’owy, groove’owy sznyt, połączony ze skandynawską melodyjnością. Długie, wieloczęściowe utwory, grane przez band od kwintetu do septetu. Skład był doborowy, Johnathan Blake na perkusji, tuż przed nagraniem wrócił z trasy z Tom Harrell’em, a dzień po zakończeniu sesji, wyjechał ponownie grać z Ravi Coltrane’m. Wydał też właśnie swoją pierwszą autorską płytę. Na saksofonie grał Jallel Shaw, Jonas Lindh na puzonie, Gilad Hekselman na gitarze, pianista Soren Moller, który przyleciał prosto z Europy z koncertów z Ari Hoening’iem. Wreszcie Kenneth, który jest bardzo sprawnym basistą i kompozytorem. To będzie jego druga autorska płyta. Ukaże się w maju w Danii, nakładem wytwórni Loveland Records znanej z płyt Jakoba Bro.

Pomówmy więc o Twoich autorskich projektach... Kluczowe w muzycznym spotkaniu zdają się być relacje międzyludzkie. Choć poznałeś Tyshawna w Sopocie i troszkę razem pograliście, to chyba nie można Was uznać, po tak krótkim czasie, za muzycznych bliźniaków jednojajowych. Do tego Tyshawn to Tyshawn - człowiek z nieco innej galaktyki, a w dodatku Twój ex-nauczyciel. Nie miałeś z tym problemu? Jak się docieraliście?

Nie, choć zastanawiałem się jak to będzie, czego się spodziewać. Jednak wszystkie wątpliwości rozwiały się przy pierwszej i jedynej próbie. Tyshawn jest bardzo świadomym, aktywnym muzykiem i kompozytorem, ma do tego fotograficzną pamięć i nie ma dla niego rzeczy ‘trudnych’. Skupia się na muzyce od pierwszego dźwięku -  nie ma zgrywania się, poznawania. Jest kompletna odpowiedzialność i otwartość. Tyshawn bardzo dobrze wyrażał się też o moich kompozycjach, graniu - od samego początku było porozumienie, a z każdym kolejnym utworem było coraz lepiej… Nagraliśmy całą sesje w studio Marka Brorby na Brooklynie, w przeciągu zaledwie pięciu godzin. Sesja z Kris i Andrew poszła również bardzo sprawnie.

Jestem wielkim fanem Kris Davis. Jak Ci się z nią grało? Jakie to było spotkanie? "Jaka ona jest?"

Przyznam się, że przed dobieraniem składu, nie słuchałem jej dużo. Gdy napisałem do Andrew [Drury], że szukam pianisty, to on zasugerował by zaprosić właśnie Kris Davis. Posłuchałem jej autorskich płyt oraz tych z jej udziałem, i wiedziałem że Kris będzie idealna do muzyki którą zamierzałem grać. Bardzo doświadczona, gra pięknym dźwiękiem, bardzo kreatywna, otwarta i z dobrą energię. Zaskoczyło mnie jak niesamowicie szybko chwyta zamysł utworów i swoją w nich rolę, jednocześnie pozostając w stu procentach sobą.

Z Andrew chyba znacie się najlepiej, ale podejrzewam, że i on czymś Cię w studio zaskoczył?

Tak, byłem u niego w domu na Brooklynie, poznałem jego rodzinę podczas tego pobytu w Nowym Jorku. Graliśmy u niego w piwnicy gdzie ma studio i salę prób. Pamiętam nasze pierwsze spotkanie w Warszawie, kiedy obaj byliśmy zaproszeni na koncert przez Maćka Trifonidisa. Spotkaliśmy się godzinę przed graniem, porozmawialiśmy chwilę i zaczął się koncert. Andrew ma bardzo sonorystyczne podejście do instrumentu. To co mnie zaskoczyło w studio, to ogromna paleta kolorów które wydobywa z perkusji, co w studio wychodzi o wiele wyraźniej niż np. w sytuacji live.

Wspominałeś, że był między wami vibe, że nie rozmawialiście wcale o "biznesie" a więc i o przyziemnościach. Jak wyglądały te Wasze rozmowy o muzyce?

Rozmawialiśmy o doświadczeniach, planach, inspiracjach. Andrew opowiadał o latach w Seatle, o tym jak ważny jest dla niego Ed Blackwell ,który był jego nauczycielem i mentorem. Kris mówiła o przygodach podczas tras w Europie, pytała o Polskich muzyków i o to jak mi się mieszka w Danii. Dużo też rozmawialiśmy o… jedzeniu. Uwielbiam Nowy Jork za to, że można znaleźć restauracje z każdego zakątka świata, tylko… trzeba wiedzieć gdzie iść.

Twój pobyt w NYC to nie tylko sesja nagraniowa ale i spotkania z Peterem Evansem, Nate'm Wooley'em. Jak było? Co zapamiętasz z tych lekcji? Miałeś odwiedzać ich w domu - Jak mieszkają nowojorscy muzycy?

Tak, spotkałem się i z Peterem i z Nate’m - obaj są gigantami jeśli chodzi o świadomość w posługiwaniu się instrumentem i wyznaczanie nowych kierunków w graniu na trąbce. To bardzo interesujące doświadczenie pograć z nimi, usłyszeć co mają do powiedzenia o sobie, podejściu do instrumentu, o tym co ich popycha do ciągłej pracy i rozwoju. Różnią się diametralnie, jeśli chodzi o charakter. Peter jest bardzo energiczny i nakręcony, Nate natomiast jest bardzo spokojny i introwertyczny. Pytałem ich o doświadczenia w graniu koncertów solo, bo sam od jakiegoś myślę o takiej formie improwizowania. Grałem ostatnio pierwszy taki koncert, było to bardzo nagradzające doświadczenie i będę grał więcej solo. Jak mieszkają? Płyty, instrumenty, obrazy, stosy nut i szkice utworów, na wpół spakowane walizki w zwyczajnych, choć ze smakiem urządzonych mieszkaniach.

A miałeś czas pójść na jakiś koncert?

Byłem bardzo zajęty, przez te dwa tygodnie pobytu tam miałem próby, nagrania, komponowałem do tego po godzinach. Udało mi się jednak wybrać do Jazz Gallery. Byłem na dwóch koncertach: pierwszym było trio perkusisty Justin’a Browna -  na trąbce Ambrose Akinmusire i gościnnie Ladius Young na pianie. Jak się okazało pianista, był to nie kto inny tylko Robert Glasper. Bardzo dobre, powykrzywiane metrycznie, improwizowane granie… Drugi koncert, był to zespół Johna Escreet’a, brytyjskiego pianisty mieszkającego w NYC. Złożone formalnie kompozycje, bardzo wymagające i od grających jak i słuchających. Grali z nim Nasheet Waits, Eivind Opsvik i David Binney.

Czy przeżyłeś jeszcze jakąś nieplanowaną muzyczną, albo i poza muzyczną przygodę w Big Apple?

Cały ten wyjazd to było niesamowite przeżycie. To było marzenie, żeby móc pojechać do Nowego Jorku i nagrać materiał z takimi muzykami, ale też zobaczyć jak to jest. Jak oni pracują, jak myślą, jak przebiega cały proces twórczy, i wreszcie - jacy to ludzie. Miałem idealną sytuacją, bo każdy z projektów, każda próba była w innym składzie, w innym miejscu. Setki twarzy, postaci mijanych na ulicach. Ulicach, które po kilku dniach pobytu tam zlewają się i wszystkie wyglądają podobnie,

Czy po takiej pigule wrażeń i gwiazd ciężko jest wrócić do codzienności?

Nie. Po dwóch, bardzo intensywnych tygodniach miałem już dość wrażeń i bardzo dobrze było wrócić do domu. Nagrania tam to początek, teraz kolejny etap, czyli mixowanie i mastering, rozmowy z wydawcami. Kolejna sprawa to nadchodząca premiera mojej pierwszej autorskiej płyty gdzie grają ze mną Anders Mogensen i Nils Bo Davidsen. Po powrocie zatem wziąłem dwa dni wolnego, a teraz dalej robię swoje.

 

Luty 2012
Jazzarium.pl

 

"Tomasz Dąbrowski feat. Downtown All Stars", rozmawiał Kajetan Prochyra

Młody trębacz Tomasz Dąbrowski mieszka obecnie w Danii, choć bywa często na koncertach w Polsce (współpracując z Maciejem Obarą, Jackiem Mazurkiewiczem, Maciejem Trifonidisem, Markiem Kądzielą czy zespołem Hunger Pangs). Na swoim profilu na facebooku w ostatnich dniach wysyłał sygnały intrygujące... “Nate Wooley said yes!”, “Peter Evans said yes...”. Wreszcie ujawnił nieco więcej ze swoich niezwykłych, nowojorskich planów. Za dwa tygodnie poleci do Nowego Jorku by nagrać materiał na dwie płyty: duet z Tyshawnem Soreyem oraz trio z Andrew Drurym i Kris Davis. Nie mogliśmy się powstrzymać od zadania Tomaszowi kilku pytań.

 

Po pierwsze gratulacje!!! Lista muzyków, z którymi wejdziesz za chwilę do studia w Nowym Jorku. zapiera dech w piersiach. Nie mogę nie zacząć od pytania, które ciśnie się na usta chyba wszystkim, którzy już dowiedzieli się o Twoich planach: jak to się robi?! Wysłałeś maila do Petera Evansa, on wszedł na Twój profil na myspace i powiedział "ok"?

Dziękuję, sam nie mogę się doczekać! Wyjeżdzam na 2 tygodnie, 27 stycznia - 7 lutego. Teraz siedzę i piszę muzykę na dwie moje płyty. Powodem nagrań jest stypendium przyznane przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego które przyznało mi półroczny grant na napisanie muzyki i nagranie jej w Nowym Jorku z Amerykanami. Do tego jeszcze wsparcie z Konserwatorium w którym studiuję kompozycję tutaj w Odense w Danii oraz środki z i innych, pomniejszych organizacji.

Z Peterem Evansem i Natem Wooley’em rzeczywiście skontaktowałem się mailowo. Wysłałem link do mojej strony. Dostałem odpowiedź że bardzo chętnie się spotkają na lekcje i wspólne granie. Będę miał zatem okazję odwiedzić zarówno Petera jak i Nate’a w ich domach.
Z Tyshawnem [Sorey’em] poznałem się w zeszłym roku na warsztatach SIM w Zatoce Sztuki w Sopocie. To geniusz, multiinstumenta, kompozytor, bardzo kreatywna postać, cholernie inspirujący człowiek. Gdy pisałem wniosek o stypendium myślałem właśnie by zrobić coś z nim, jeśli będzie to możliwe. Napisałem maila i tak się zaczęło. Bardzo szybko zgodził się na nagranie duetu.

Z Andrew [Drury’m] jestem w kontakcie od pewnego czasu. Pisał do mnie wcześniej że będzie w Europie i chciałby pograć. Ja w tym czasie zacząłem myśleć że skoro już będę w Nowym Jorku, to może spróbuję nagrać jeszcze jedną płytę. Napisałem o tym pomyśle do Andrew i ten zaraz podchwycił temat. Napiałem że chcę zrobic trio, może kwartet. Drury odpisał że jasne, i że jeśli trio z fortepianem to koniecznie z Kris Davis. Sprawdziłem jej nagrania i... teraz dogadujemy termin nagrania.

Ciekawa jest sesja od której zacznie się cały wyjazd. Będzie to sekstet Duńskiego basisty Kennetha Knudsena. Półtora roku temu nagrałem z nim płytę na której gra też gitarzysta Gilad Hekselman, który w Polsce jest jeszcze mało znany, ale w Nowym Jorku wymieniany jest w ścisłej czołówce młodego jazzu. Nagranie realizował wtedy Sveinn Kjartansson z Islandii który pracował m.in. z Bjork, Sigur Ros czy Hjalmar. Druga płyta będzie nagrywana w Skyline Studio, i będą grali m.in Lage Lund na gitarze, Jaleel Shaw na saksofonach który gra w kwintecie Roy Haynesa, oraz Johnathan Blake na bębnach który grał... 'ze wszystkimi', obecnie z Tomem Harrelem, Cassandrą Wilson czy Joey Barronem.

Za dwa tygodnie zaczynasz sesję nagraniową. Chciałoby się spytać: "denerwujesz się?", ale opowiedz lepiej jakie masz plany na te nagrania? Jak je sobie wyobrażasz? Przygotowałeś kompozycje, które przekazałeś muzykom, wymienicie się nutami i zobaczycie co wyjdzie czy stawiacie na improwizacje?

Pracuję wciąż nad materiałem na te nagrania. Na duo z Tyshawnem to będą moje numery, na trio z Kris i Andrew większość moich ale Andrew zapowiedział że przyniesie coś swojego również. Kompozycje i granie open.

Gdzie będziecie nagrywać?

Bukuje wlasnie studia, na duo będzie to studio Michaela Brorby na Brooklynie, poleciło mi je kilku kolegów muzyków a sam Tyshawn napisał 'Michael is great!'. Trio z pianem jeszcze dogadujemy gdzie.

Czy będziesz w NYC tylko na czas tego niezwykłego projektu czy zamierzasz zostać do oporu a najlepiej osiąść na stałe?

Nowy Jork to na 2 tygodnie i to tyle. Byłem już tam rok temu i nie mam zamiaru tam osiadać. Jest mi dobrze gdzie teraz jestem. Powiedzmy że po pierwszym wyjeździe trochę mi się poprzestawiało w głowie: pozbyłem się kompleksów na temat grania. Teraz widzę jaki to luksus być muzykiem w Europie, a kwestia poziomu i znalezienia świetnych muzyków? Są, i chcą tworzyć. Berlin, Skandynawia, gdzie byś nie był w europie wszędzie dolecisz w góra 2h.

Przepraszam jeśli się mylę, ale z tego co widzę, jesteś jeszcze przed autorskim debiutem płytowym. Zaczynasz z niebywale wysokiego C. Tak miało być? Teraz dojrzałeś do płyty? Jak nagrywać, to z najlepszymi?

Co do moich nagrań to mam trio nagrane i gotowe do wydania. Trio z Duńczykami - Anders Mogensen na bębnach i Nils Bo Davidsen na basie. Płyta mam nadzieje wyjdzie na przełomie marca i kwietnia. Wydawca już jest - Duński ILK, który wydaje takich muzyków jak m.in Jakob Anderskov, Simon Toldam czy Kresten Osgood. To ciekawa sprawa: w wytwórni jest 20-kilka osób i każdy kto chce wydać u nich płytę musi najpierw przejść przez głosowanie. Nie ważne jak się nazywa - jak się nie spodoba, to nie wydajemy:).

Nagrasz dwie płyty w Nowym Jorku i co dalej?

Nagram, przywiozę materiał do Danii i posłucham. Jeśli będzie dobre to będę to miksował z Teis Frandsenem który robił mix/master płyty w trio. Muszę poszukać wydawcy. Zobaczymy jak to się potoczy...

Dzięki i powodzenia. Liczę na powtórkę rozmowy po nagraniach!

 

Styczeń 2012
Jazzarium.pl

 

cytaty

Tomasz Stańko

"Tomasz Dąbrowski, jest jednym z najciekawszych muzyków młodego pokolenia w Polsce. Trębacz, kompozytor, nauczyciel, doskonale sprawdza się w każdej sytuacji. Pracowałem z nim i mogę potwierdzić jego wysoki profesjonalizm, zaangażowanie i artyzm."
- Tomasz Stańko

Fredrik Lundin

"Trębacz Tomasz Dąbrowski jest jednym z najbardziej utalentowanych i wszechstronnych  muzyków z jakimi pracowałem. Jego doskonała znajomość instrumentu oraz brzmienie, jego muzykalność i znajomość stylów muzycznych pozwala mu odnaleźć się w różnych artystycznie kontekstach. Co najważniejsze jednak, Tomasz jest bezkompromisowym i nieustraszonym improwizatorem, solistą z bardzo mocnym, osobistym głosem."
- Fredrik Lundin

Leszek Możdżer

"Tomasz Dąbrowski ma wyjątkową charyzmę sceniczną i znakomity warsztat. Jego gra na trąbce jest mocna i precyzyjna a przy tym pełna zaskakujących zwrotów frazy, zmiany barwy, mieni się bogactwem środków wyrazowych i artykulacyjnych. To jeden z najlepszych trębaczy jakich ostatnio słyszałem."
- Leszek Możdżer

Grażyna Auguścik

"Jako wokalista jazzowa i muzyk o ugruntowanej międzynarodowej karierze oraz wieloletnim doświadczeniu stwierdzam, iż Tomasz Dąbrowski jest profesjonalistą w pełnym tego słowa znaczeniu. Trębacz młodego pokolenia, zaawansowany, muzyk najwyższej klasy. Jego kreatywność przy pisaniu własnej muzyki oraz innowacyjne podejście do muzyki innych autorów, zdobyła mu uznanie wśród doświadczonych artysów w tym mnie, jak i również krytyków muzycznych."
- Grazyna Auguścik

Kresten Osgood

"Tomasz Dąbrowski jest bardzo zaangażowanym kompozytorem i improwizatorem. Genialny trębacz i gwiazda przyszłości."
- Kresten Osgood

Ralph Alessi

"Tomasz Dabrowski jest inspirującym improwizatorem który musi zostać usłyszany!"
- Ralph Alessi

Jacob Anderskov

"Miałem zaszczyt pracować z bardzo utalentowanym Tomaszem Dąbrowskim przy kilku okazjach.
Tomasz jest trębaczem z bardzo wysokim poziomem kontroli nad instrumentem, w połączeniu z niesamowitym poziomiem wyobraźni dźwiękowej i sonorystycznej. Jego partie solowe są abstrakcyjne, poetyckie, cudownie otwarte w swojej strukturze. Bardzo ważną cechą charakterystyczną gry Tomasza jest to że iż odzwierciedla i opisuje ona czasy w których żyjemy. Solo, czy pracując z własnym zespołem, albo też grając jako sideman - Tomasz wnosi bardzo wysoki poziom artystyczny do każdej sytuacji."

- Jacob Anderskov

Peter Bruun

"Tomasz Dąbrowski jest wyśmienitym i dojrzałym solistą o wspaniałych umiejętnościach. To co również czyni go wyjątkowym, to wewnętrzny muzyczny kompas który prowadzi go w stronę rzadkiego i oryginalnego brzmienia."
- Peter Bruun

Marek Romański - Jazz Forum

"Muzyk nader płodny  i bez dwóch zdań wybitny."

Marek Romański, Lipiec 2015, Jazz Forum

Thomas Bøjrnsten - Århus Stifstidende

"28-letni polski trębacz, Tomasz Dąbrowski, do nagrania swojej debiutanckiej płyty zaprosił dwóch niezwykle doświadczonych Duńskiej sceny avant-jazzowej. Efektem tego jest niezwykle wciągający a zarazem wymagający album, którym konstelacja z trąbką na pierwszym planie sprawdza się perfekcyjnie"

Thomas Bøjrnsten, Listopad 2012, Århus Stifstidende

 

Monika Okrój - Jazz Forum 10-11/2012

"O samym brzmieniu Dąbrowskiego można pisać wiele, ale trzeba podkreślić, że jest coraz bardziej rozpoznawalne i wymyka się wszelkim analogiom"

Monika Okrój, Jazz Forum [10-11/2012]

 

Jan Granlie

"Nie wiedziałem zbyt wiele o Tomasz Dąbrowskim do tej pory, nadszedł jednak niewątpliwie czas, ponieważ mamy tu do czynienia z genialnym trębaczem."

Jan Granlie, October 2015

Mieczysław Burski - PolskieRadio.pl

"Jeszcze przed osiągnięciem trzydziestego roku życia trębacz prezentuje się jako dojrzały i pewien tego, co chce robić muzyk. Swobodnie porusza się pomiędzy biegunami mainstreamu i awangardy. Bierze co mu potrzeba i bez litości wykorzystuje."

Mieczysław Burski, Luty 2013, PolskieRadio.pl

 

Marek Dusza - Rzeczpospolita nagroda

"Jego styl jest bardzo oryginalny. Potrzebuje przestrzeni, w której wybrzmiewa wydmuchiwane bez wibrata powietrze. Matowe, ciemne brzmienie momentami pieści uszy, by po chwili postawić słuchaczy na równe nogi zaskakującym dysonansem, charczeniem lub piskliwym tonem."

Marek Dusza, Styczeń 2013, Rzeczpospolita

 

Marek Romański - JAZZ FORUM

"Tomasz Dąbrowski wyrasta na jednego z najciekawszych trębaczy, w skali już nie tylko polskiej, ale nawet europejskiej"

Marek Romański, Jazz Forum [4/5 2012]

 

Maciej Nowotny - Katowice Jazzart

"Trudno przypomnieć mi sobie kiedy ostatnio słyszałem tak udany avantjazzowy duet jak ten właśnie! - Tomasz Dąbrowski i Tyshawn Sorey"

Maciej Nowotny, Maj 2012, Katowice JazzArt Festival

 

Marek Lubner, jazzarium.pl

"Tomasz Dąbrowski mimo młodego wieku, z wielką dojrzałością buduje swój własny muzyczny świat. Możliwe inspiracje grą Bookera Little, Kaspera Tranberga a w przestrzennych, wyciszonych momentach Arve Henriksena, Gunnara Halle; doprowadzają tego muzyka do własnej muzycznej wypowiedzi tak, że już po kilku nutach możemy rozpoznać jego rubato."

Marek Lubner, Luty 2012, Jazzarium.pl